Żeby się podnieść, muszą upaść.

28. 10. 17 r. Szczecin.

Przyjechaliśmy do Szczecina zmęczeni. Wieczorem rozsiadamy się przed TV mając nadzieję na nic-nie-róbstwo, ale nagle słyszymy nad głowami klap, klap, klap naszej pani prokurator… Patrzymy na siebie lekko przerażeni… My zmęczeni, a szykuje się  bezsenna noc. 

  • Jasny gwint! Nie było tego kilka miesięcy!

Siedzimy już nerwowo i tylko czekamy. Po godzinie zaczęła się aria.

  • Zaraz ich popędzę – Piotr stuka nerwowo pacami po poręczy fotela.
  • Oni nie są warci ruchu. Upadną.
  • Żeby się podnieść, muszą upaść.
  • Nie martw się, to wkrótce będzie historią.
  • Naprawdę? – trudno na razie w to uwierzyć, bo aria rozkręca się na dobre.
  • Naprawdę, niedługo to potrwa. Przed nami piękne dni.
  • Włóż zatyczki, Pan Bóg się nimi zajmie – doradzam Piotrowi. Zatyczek mam całą szafę na wszelki wypadek.
  • Bezwstydna baba.
  • Niczego po niej lepszego się nie spodziewaj, lecz czas zapłaty dla niej nadchodzi.
  • Ciekawe w jaki sposób… – myślę sobie…
  • Wyjątkowo dzisiaj czułem Homiela, stał tuż przy mnie, na centymetry…
  • Zawsze stoję.
  • ……..
  • Wiesz dlaczego Edziu się nie materializuje Krysi? Bo chciałaby pójść za nim, a ma tu być.
  • A skąd wiesz?
  • Homiel mi powiedział.
  • ……..
  • Ale tej babie nie można nic zrobić?
  • Wytrzymaj to.
  • Nie przyszedłeś tu, by sądzić i karać.
  • Ale uczyć, naprawiać, rozwijać, przypomnieć… a wiesz dlaczego?
  • Bo nie wiesz.
  • Ale dziwna odpowiedź… – pomyślałam w pierwszej chwili, ale w drugiej już zrozumiałam.

Bo nie wiesz jaki jest cel twojego życia tutaj, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Jaka jest przyszłość i przeszłość, jakie plany ma Ojciec… nic nie wiesz. Ale jednego jestem pewna… to nie Homiel teraz z nami rozmawia.


Znajoma Piotra cierpi od dłuższego czasu na permanentne zapalenie płynu maziowego kolana. Wczoraj o piątej rano Piotr został zbudzony mając przed oczami jej wizerunek. A dokładnie … pokazano mu jej rozpalone do białości kolano. Piotr mimo zaspania zajął się czyszczeniem tego kolana w ten sam sposób, jak leczy i moje migreny. Czyli wizualizował z nieba białe światło i wpuszczał w jej ciało. Zajęło mu to kilkanaście minut, po czym zmęczony zasnął głęboko jakby przebiegł maraton. Dzisiaj zadzwonił do znajomej i okazało się, że ból minął. Na jak długo? To się okaże. 

  • Dziękuję ci Ojcze.
  • Nie zrobiłem tego dla niej, ale dla ciebie.
  • A dlaczego nie miałoby być dla niej? – pytam od razu.
  • Jaka by była z tego korzyść?
  • Czy uwierzyłaby skąd to jest? Czy by się zmieniła?
  • Hmm… Nie… – przyznałam w myślach rację, bo ona nigdy by nie uwierzyła, że to od Boga.

Nie wiem, czy uwierzyłaby nawet wtedy, gdyby sam Ojciec stanął przed nią w pełnej okazałości. Pewni ludzie są bardzo przy ziemi, a nie przy Niebie i to się nigdy nie zmieni.

  • Mały walczy o nią, poprosił i dostał.
  • A ja prosiłam i co?
  • Wszystko przed tobą Moja córko.
  • ……. – zawstydziłam się za swoje pytanie i za swoją bezczelność.
  • Mogę prosić dalej?
  • Na to czekam. Po cichu wszystko dostajesz.
  • ?!

I przypomniałam pewien  moment w moim życiu, w którym po raz pierwszy zwróciłam uwagę na to, że ktoś niewidzialny spełnia moje życzenia. Na długo przed Homielem, z 15 lat temu bardzo chciałam mieć okulary w złotej oprawce, na które nie było mnie stać, a które były wówczas bardzo modne. Któregoś dnia Piotr kupił używany dostawczy samochód. W schowku znalazłam okulary, o których marzyłam od jakiegoś czasu. Wtedy to biorąc je do ręki z niedowierzaniem powiedziałam do Piotra…

  • Wiesz co? Ktoś chyba wysłuchuje moje myśli… – … pamiętam to do dzisiaj.

Dostałam dzisiaj maila, który jeszcze raz potwierdził, że osoby czytające ten blog, nie czytają go przez przypadek. Kiedyś Ojciec powiedział, że ta pierwsza grupa ludzi czytające Jego słowa jest wybrana przez Niego osobiście. Dlaczego? To już Jego tajemnica. Widocznie ma wobec każdego swoje plany.

Cześć; dziś w nocy obudziło mnie wołanie Anioła o Apokalipsie. Nie pamiętam już dokładnie tych słów, ale to były słowa z Apokalipsy, wiem bo czytałem ją i słuchałem parę razy.


30. 10. 17 r. Szczecin.

Nasze rozmowy w Szczecinie są krótkie i konkretne. Piotrowi nie chce się rozmawiać z natłoku spraw rodzinnych i Homiel doskonale o tym wie. Zapisuję więc wszystko co się da, bo szkoda każdego dnia.

  • Nad ranem obudził mnie wzrok wlepiony we mnie. Zobaczyłem okno zrobione w przesłonie, ta przesłona miała z 10 m grubości, a na końcu było kwadratowe okno. Stała w nim dziwna istota, cała przezroczysta, ale miała normalne oczy. Patrzyła się na mnie, a kiedy się zorientowała, że ja widzę ręką zamknęła przesłonę. 

  • Ciekawe… Homiel co to?
  • Coś. Twój mąż budzi zainteresowanie wielu istot.
  • ?!
  • Nie macie świadomości, nie zdajesz sobie sprawy.
  • Operujecie nazwami i nie zdajecie sobie spawy z istoty, która tu mieszka.
  • Piotruś?! – nie przesadzasz?… Chciałam powiedzieć, ale się ugryzłam w język.
  • A Ola?
  • Ola to hol. Holuje cię do miejsca, gdzie zostaniesz naprawiony do końca.
  • W twoim języku będziesz lepszy niż twoje audi A 8.
  • Bez holownika nie dojedzie? – pytam.
  • No jak to bez holownika?
  • Przecież jesteście Wy…?
  • ……..
  • Homiel nic nie mówisz.
  • Miesiąc się kończy, wolę patrzeć, nie mówić.
  • Został jeden dzień.
  • Dwa.
  • No dobra, dzisiaj 30.
  • Przecież mówiłem, że będzie ciekawie.
  • Tak tylko gadasz…
  • Tak gadam.
  • Mówi się mówisz, a nie gadasz.
  • Ale erudytą jesteś!

Jeszcze jedna, typowa przyjaciół rozmowa przy kawie.