Spójrz na niebo… To jest pewne.

15. 11. 16 r. Bielsko-Biała

Nowe miejsce i dosyć ciężka noc, choć nic się na szczęście nie działo. Rano Piotr pokazał mi ślad. Trzeci już dzień i jeszcze nie zniknął. Mało tego, wydaje się jeszcze ciemniejszy.

  • Czy to, co widziałem wczoraj… Czy to widziałem naprawdę? – Piotr ciągle był pod wrażeniem.
  • To, co było wczoraj… było.

Pojechaliśmy na umówioną wizytę do Kliniki. Już wchodząc natknęliśmy się na Cisowskiego, który ucieszył się, że byliśmy wcześniej. Zaprosił nas do swojego gabinetu i poświęcił nam w sumie 45 minut, choć czekano na niego niecierpliwie już w sali operacyjnej. Piotr przekazał mu płytkę CD, którą musieliśmy zdobyć na nowo. Ale by ją zdobyć, Piotr musiał znowu pojawić się w Szpitalu Wolskim u swojego lekarza prowadzącego. Gdy tam poszedł prawie się ze sobą w drzwiach zderzyli.

  • To nie ty go szukałeś, to on ci wyszedł naprzeciw – powiedział wtedy Homiel.

Cisowski przyglądał się nagraniu uważnie, a potem uważnie przyglądał się Piotrowi. Na szczęście, zgodnie z zaleceniami Homiela, Piotr ubrany był „jak ta lala”, a może lepiej, jak super prezes. Najlepsza koszula, najlepszy garnitur, zdecydowanie wzbudzał szacunek.

Komputer lekarza lekko był obrócony w moją stronę i mogłam również oglądać to, co i on ogląda. Rzeczywiście, jedna tętnica i to ta jedna z najważniejszych (przednia zstępująca), w pewnym momencie stawała się cienka jak nitka. Cisowski był bardzo spokojny, kompletnie bez emocji, w skupieniu wyciągnął formularz i zaczął wypełniać dane. By przerwać to milczenie powiedziałam…

  • Urokliwe jest to miasto.
  • Ale Bóg o nas zapomniał, taki tutaj czasami smog.

Chciałam mu krzyknąć do ucha, że nie zapomniał, bo jesteśmy tu wyłącznie dzięki Niemu, że to sam Bóg go wybrał… ale nie miało to w tej chwili żadnego sensu. Data operacji została wyznaczona na koniec lutego z zaznaczeniem, że może zostać przesunięta ze względu na brak funduszy, który zwykle dopada klinikę na początku roku.


Wracaliśmy do Warszawy około 9 rano. Zaczęłam wszystko w myślach analizować…

  • Wszystko ścielą ci pod nogi… dosłownie.
  • Wszystko po to, byś żył, żebyś zrobił, co masz zrobić.
  • A co mam zrobić?
  • Dowiesz się w odpowiednim czasie.
  • O zawale nie wiedziałeś, gdybyś wiedział, to byś uciekł, tak kochasz swoje codzienności.
  • To prawda… Gdy wzięli mnie na stół ja myślałem, kiedy pójdę na kawę. To daje stabilność i pewność, te nasze codzienności.
  • Spójrz na niebo… To jest pewne.

Homiel znowu mnie poraził swoją mądrością. Nic na ziemi nie jest pewne. Pewne jest Niebo, które jest wieczne.

  • Co to było wczoraj, ten gacek?
  • Pomyśl sobie, że tak jak oni cię gryzą, tak im większą krzywdę robisz.
  • Przypalacie się nawzajem.
  • Ostatnio im mocno dokuczyłeś.
  • A co z sądem będzie, mam operację…
  • Będzie, kiedy ma być. Ona (sędzina) jest rozważna.
  • Coś się stanie podczas operacji?
  • Szkoda, że nie żyjesz w Grecji, dramaty byś pisał.
  • Wiedziałeś, że tak będzie Homiel ?
  • Jestem reżyserem tego przedstawienia.
  • ….? – coś mnie w tej chwili tknęło, że to chyba z Ojcem rozmawiamy.
  • A nie da się tabletką to załatwić? – Piotr pyta dalej kompletnie nieświadomy.
  • Już za późno.
  • Czy ty wiesz, że rozmawiasz z Ojcem teraz? Reżyserem może być tylko Ojciec – mówię przytomnie do Piotra.
  • Taaaak? Z kim teraz rozmawiam?
  • ……
  • Ze Mną.
  • To Ty Ojcze?
  • Na to wychodzi.…. – Piotr się baaardzo wzruszył.
  • Nie płacz, bo nie masz powodu…
  • No nie mogę stracić swojej najlepszej figury na polu szachowym.
  • Jeśli stracę hetmana, co My poradzimy?
  • ……
  • Ojcze, jesteś najlepszym reżyserem świata – wykrztusiłam, bo sytuacja była niesamowita.
  • Wszechświata – poprawił mnie Piotr
  • Choć niewiele wiesz o świecie… dziękuję.

I oboje  w rozmowie się zacięliśmy. Nie mieliśmy odwagi dalej kontynuować. Wjechaliśmy do Częstochowy i skręciliśmy prosto do klasztoru. Byłam do tej pory tam dwukrotnie. Zawsze pełno ludzi, niewiele więc zobaczyłam. Dzisiaj, być może z powodu pogody przyjechało znacznie mniej zwiedzających. Odwiedziliśmy kaplicę Matki Bożej Maryi, w środku tłoczno, niewiele wolnego miejsca, sporo kalekich ludzi. Wycofaliśmy się po chwili i wiedzeni instynktem poszliśmy na I piętro, gdzie jak się okazało znajdowała się kaplica Świętego Sakramentu i wielki obraz „Jezusa” wg św. Faustyny. Byliśmy prawie sami. Ledwo usiedliśmy w tylnej ławce Piotr usłyszał…

  • Witam cię w Domu Ojca Mego.
  • Wykorzystuj ten okres na przygotowania.
  • Chodzi o zabieg?
  • To też czas przygotowawczy.
  • Muszą pójść za tobą.
  • Musisz przyjąć ten kielich. 
  • Kiedy wszystko będzie stracone, wtedy narodzisz się na nowo.
  • Przygotuj się.

Piotr się rozpłakał, a ja czekałam cierpliwie.

  • Rozpłakałem się, bo mnie dotknął – wytłumaczył mi już w samochodzie.
  • Rozpocznie się seria cudów.
  • Ale mam sprawę sądowa – Piotr znowu powtarza jakby o tym zapomnieli.
  • zobaczyłem Jego dłoń, jak dmuchnął pyłek z dłoni… Czyli to nic nie znaczy.
  • Nie mów już o nich, bo oni od dawna już nie żyją, tylko o tym nie wiedzą.
  • ……
  • Ten klasztor jest niesamowity. Cały ołtarz oddycha, ma taką energię, że się unosi i opada, jak żyjące serce – opowiadał swoje wrażenia.

Wróciliśmy do wizyty u Cisowskiego.

  • Ta rozmowa była inna niż poprzednio – mówię.
  • W jakim sensie inna?
  • W takim, że ładnie wyglądałeś.
  • Ktoś, kto ma takie biurko i komputer docenia wygląd.
  • Jest dobry, ale patrzy oczami.
  • no tak. To normalne…
  • Rozmawiał jak z partnerem, byłeś bardziej czysty od niego.
  • Po trzecie cię nie zapomni.
  • A gdybyśmy tak uciekli i pojechali na Kanary, a nie na zabieg?
  • Bilety znikną jak ta płytka.
  • Czyli nie ma sensu uciekać?
  • Wiesz kto cię skierował do tej kliniki ?
  • Motylki, więc motylki będą przy tobie.
  • …… – przypomniałam sobie Kowalewskiego w fartuchu pełnego motyli. To on nas skierował prosto do Cisowskiego.

Nam skóra cierpła ze strachu, a Homiel śpiewał sobie cały uradowany.

  • Róbmy swoje – Piotr wyraźnie słyszał jak śpiewał tę piosenkę.
  • Homiel, ty znasz każdy repertuar? – pytam.
  • Wszystkich epok.
  • Którą lubisz najbardziej?
  • Tę, którą ty.
  • ……- zaczęłam się zastanawiać co lubię.
  •  słyszę słowo Abba, ty też lubisz Abbę! – Piotr prawie krzyknął odkrywczo.
  • …… – byłam pod ogromnym wrażeniem, gdyż rzeczywiście lubię ABBĘ, ale…!
  • Coś ty, to nie o to chodzi. ABBA to po hebrajsku Ojcze.
  • Aaaaa dlatego? – Piotr pokiwał głową, bo na to by nie wpadł.
  • Nie inaczej.
  • Piotr niedouczony, ale przyjdzie dzień, kiedy będzie nas zawstydzał.
  • Jeśli rozumiem, dostaniesz taką wiedzę, że książkę nową spiszę?
  • Wpadniesz do Domu, napijemy się kawy, posiedzimy przy stole…
  •  Jak to wpadniesz?! – znowu ciary mi przeszły po plecach. Nie wiedziałam co Homiel ma dokładnie na myśli.
  • Długo tak?
  • W życiu długo, ale to chwila.
  • A gdybym nie zrobił tej operacji?
  • Byłoby… pa pa.
  • …… – i pokiwał dłonią na pożegnanie. Jednym słowem, jeśli Piotr nie podda się operacji na sercu… to umrze.

Wieczorem Piotr był bardzo zmęczony całym dzisiejszym dniem, za dużo wrażeń naraz. Leżał na kanapie i tylko wzdychał.

  • Mój ty Boże…. Mój ty Boże…
  • Co tak mały wzdychasz ?

Piotr nie odpowiedział, bo nie wiedział co ma powiedzieć.

  • Ojcze, on się martwi.
  • Nie martw się.
  • Wszystkie linki Ja trzymam.

 



Dopisane 02. 08. 2017 r.

  • Musisz przyjąć ten kielich.

Rzeczywiście, ten kielich wypijecie – powiedział. – Ale nie ja decyduję, kto zasiądzie obok Mnie. Mój Ojciec już dla kogoś przeznaczył te miejsca.

Oddalił się nieco, padł na twarz i modlił się: – Ojcze mój, jeśli to możliwe, oddal ode Mnie ten kielich. Ale niech będzie tak, jak Ty pragniesz – nie jak Ja. 


– Wpadniesz do Domu, napijemy się kawy, posiedzimy przy stole… – to się jeszcze nie wydarzyło.

  • Czyli najważniejsze przed nami? – pyta Piotr.
  • Przed tobąi pokazał akrobatę skaczącego z trapezu na trapez. Można to zinterpretować, że wielki skok jeszcze przed nim.